Wybierając się w podróż po Europie, zazwyczaj wybierałam miasta. Bo w Europie wszędzie są miasta. Prosta sprawa. Lotnisko, metro, autobus, jakieś muzeum, trochę ciekawej architektury, ciekawa historia, tona inspiracji i nowe doświadczenia. Na parę dni, albo na szybki weekend. Jadąc po raz pierwszy do Hiszpanii nie trafię najpierw do Parku Krajobrazowego - pojadę do Barcelony, Madrytu, może Walencji. Pójdę na główny plac, wejdę na najwyższą wieżę, wstąpię do katedry, zjem na lokalnym targu, nie pójdę na corridę, ale wydam pieniądze na magnesiki na lodówkę. Wyślę pocztówkę, trzasnę milion zdjęć, zrobię masę kilometrów w nogach, na koniec dnia wrócę do ho(s)telu, spakuję się i wrócę do domu. Urbo turbo zwiedzanie, trochę na zaliczanie. UrboEuropa. Wszystko blisko, wszystko przystępne i proste. Trzeba tylko chcieć. W Brazylii urbanistyczne zwiedzanie na europejską modłę jest na dłuższą metę w zasadzie bez sensu. Jakiś czas zajęło mi, zanim zrozumiałam, że "urboturyzm", city...